Najnowsze Wpisy

V Nurek Komentarze (42)
17. maja 2011 08:23:00
linkologia.pl spis.pl

  Po zastawieniu pułapki Nan-ku udał się do zbrojowni, która znajdowała się obok hangaru. Pomieszczenie było spore, a zgromadzona w nim wszelkiego rodzaju broń mogłaby wprawić w zachwyt niejednego ziemskiego kolekcjonera. Na przeciwko wejścia, na specjalnych stojakach, umieszczone były zbroje Łowców. Po prawej, na ścianie, wisiała różnorodna broń biała: od małych noży poprzez maczety, miecze, dyski na włóczniach skończywszy. Na przeciwległej ścianie znajdowała się broń palna, rzadziej używana, jednak niezbędna w niektórych sytuacjach. Wybór był ogromny: naramienne działka plazmowe i laserowe, ręczna broń palna, miotacze ognia, samoprzyczepne miny, granaty, ładunki termonuklearne, a nawet przenośne działo laserowe, którym można było zestrzelić samolot bądź statek kosmiczny. Na środku zbrojowni stał duży kamienny stół, na którym leżała broń przeznaczona do naprawy lub czyszczenia. Na nim właśnie Nan-ku rozłożył zabrany ze statku ekwipunek swój i ojca. Potem poszedł zapalić światło. On, w odróżnieniu od innych Yautja, nie chodził prawie cały czas w masce, miał świetny wzrok. Jego oczy reagowały na wszystkie widma światła, a nie tylko podczerwone.
    Nan-ku lubił obserwować przyrodę, rzeczy, których jego ojciec nie mógł dostrzec, zwłaszcza fascynujący świat roślin i owadów mieniących się wieloma barwami. Znał nazwy chyba wszystkich kolorów i ich pochodnych, potrafił je rozróżniać i często to robił, opisując ojcu to , co widzi. Lin-kar, jednak nie podzielał fascynacji syna, nie rozumiał jej, bo jak mógł, skoro nigdy nie widział tego, co on.
 
   Po dokładnym obejrzeniu broni chłopak stwierdził, że nie trzeba jej ostrzyć, wystarczy porządne czyszczenie. Uporał się z tym szybko. Wychodząc ze zbrojowni starannie zamknął drzwi, sprawdził też, czy wszystkie wyjścia są zamknięte, pamiętał o dziwnym zwierzątku, które nie złapało się jeszcze w jego klatkę.
    - A może ty nie lubisz mięsa? Co? Może wolisz owoce? Zaraz coś ci przyniosę, bądź grzeczny i nie nabałagań.
W drodze do kuchni Nan-ku zajrzał do gabinetu ojca, ale go tam nie zastał. Poszedł, więc po świeże owoce, zapomniał tylko o jednym, że kiedy nie ma ich w domu, to zaprzyjaźniony z ojcem człowiek nie przywozi im prowiantu, więc nie było owoców. Zmęczony i zdołowany poszedł do swojego pokoju. Rozejrzał się po pomieszczeniu w poszukiwaniu swojego telefonu.
    - Przydałoby się posprzątać - pomyślał, przerzucając rozwalone na dużym łóżku ubrania. Obok stała szafka nocna z lampką, której prawie nie było widać spod sterty komiksów. Nan-ku przekopał cienkie zeszyty, lecz nic tam nie znalazł; poza dwumiesięczną kanapką z szynką i sałatą.
    - Fuj, ale świństwo. Naprawdę muszę posprzątać.
Potem chłopak zabrał się za sprawdzanie biurka, przekopał szuflady, półki nawet blat, na którym oprócz komputera, hałdy różnych dysków i starych chipsów znalazł też naszyjnik z zębów prehistorycznego rekina, pamiątkę ojca po przodkach.
    - O, a ja tyle czasu tego szukałem.
Po łóżku, szafce i biurku przyszedł czas na szafę z ubraniami oraz półki z książkami i innymi różnościami. Chłopak dwoił się i troił, przeszukał nawet kwiatki na oknie i łazienkę, w końcu poddał się i zrezygnowany poszedł do kuchni zrobić sobie płatki z mlekiem, jedyną rzecz jaka nadawała się do jedzenia, bo płatki były suche a mleko zamknięte. Nan-ku podszedł do lodówki otworzył ją i krzyknął uradowany.
    - Jest moja komóreczka, więc to tu się ukrywałaś - wyjął telefon z lodówki i podłączył do zasilania, bo bateria się rozładowała. Włączył aparat i sprawdził połączenia. Dziesięć nieodebranych rozmów i dwadzieścia smsów.
    - No, chyba nie tęsknili tu za bardzo, za mną - pomyślał i sprawdził, komu się nudziło podczas jego wojaży. - Pierwsza nieodebrana rozmowa Markus, druga Markus, potem Markus i ...Markus, o... i znowu Markus. Ostatnia, numer nieznany? Ciekawe, bardzo ciekawe.
Wybrał opcję oddzwoń i czekał. Po chwili usłyszał miękki kobiecy głos.
    - Halo? Tu Wiki, kto mówi? Nan-ku?
    - Eeee... - wyrwało się z gardła Nan-ku i to było jedyne eee jakie był w stanie teraz wymówić. Rozłączył się.
    - Cholerny Markus. To na pewno on dał jej mój numer. Dowcipniś jeden, jeszcze się policzymy. Ale najpierw prysznic!

Wykąpany i pachnący jak sklep z artykułami chemicznymi - Nan-ku wyciągnął się na swoim łóżku. Oczywiście, po tym, jak zwalił wszystkie ubrania na podłogę. Po dwóch miesiącach włóczenia się po kosmosie i polowania na wszystko, co jest większe od psa i groźniejsze od jeża, Nan-ku mógł wreszcie wrócić do tego, co lubił robić najbardziej. Spania w pozycji na wznak do południa, lubił też spać na brzuchu i na ślimaka.
    - Dobrze jest wrócić do domu - wyszeptał, a potem przewrócił się na brzuch, zwinął poduszkę w rulon i naciągnął cienką kołdrę na goły tyłek. Po chwili spał i śnił.
Wkrótce, jednak coś uporczywie domagało się jego uwagi, głośnym dzwonieniem wdzierało się do uśpionej jeszcze świadomości.
    - Przyjdziesz? - rozległo się w pobliżu jego ucha - no, będziesz czy nie ?
    - Co? Gdzie? - świadomość powoli wracała, materializując się w telefon komórkowy trzymany w ręce.
    - No, czy przyjdziesz na imprezkę dziś wieczorem na plaży przy starym molo? - po raz kolejny rozległ się głos Markusa przyjaciela Nan-ku.
 Markus był Człowiekiem i mieszkał na wyspie oddalonej o kilkaset mil morskich. Lubił imprezki, szybkie auta i łatwe dziewczyny, nigdy nie miał problemów z kasą, bo jego dziadek był założycielem i właścicielem korporacji Weyland Industries.
    - Wszystko już ustawiłem, będzie super ubaw.
    - No, nie wiem, ostatnim razem po jednym piwie obrzygałem ojcu statek, cały tydzień się złościł.
    - A, bo to nurek był - wyjaśnił Markus.
    - Co? Jaki nurek? No nieważne, zioła też palić nie mogę, bo mi odwala - próbował wymówić się Nan-ku.
    - Oj, tam oj tam. To nie będziesz, nic palił i pił, a po za tym będą fajne panny, to sobie trochę pomacamy.
    - Może ty sobie pomacasz, bo na mój widok laski zwiną się szybciej niż się pojawią.
    - A, co ty gadasz, załóż tę swoją seksi maskę i będzie git. Laski lubią tajemniczych gości, a Wiktorii wystarczy twój kaloryfer na brzuchu.
Po tych słowach Markus rozłączył się pozostawiając Nan-ku z jego myślami o Wiktorii i o tym, że wcale nie ma ochoty się z nią spotykać. Dziewczyna była ładną, ale wyjątkowo nachalną istotą, a on nie lubił takich, które same się pchały.

    Lin-kar był zadowolony, polowanie udało się, przywieźli mnóstwo trofeów, gdyby tylko Nan-ku bardziej się przykładał. Jego zdobycze były bardziej dziełem przypadku niż zaplanowanej akcji. Życie na Ziemi sprawiło, że młody Yautja nie czuł potrzeby kultywowania starym zwyczajom, brak współrówieśników powodował brak rywalizacji, a przyjaźń z Oomanem owocowała dziwnym zachowaniem i słownictwem. Nan-ku znał biegle kilka ziemskich języków, ale w domu musiał się posługiwać yautjańskim. Często, jednak mieszał ze sobą wszystkie znane języki, tworząc swoisty miks zrozumiały tylko dla niego samego. Doprowadzał tym ojca do bólu głowy i rozstroju nerwowego.
    - Może z czasem mu przejdzie - myślał Lin-kar - jest przecież jeszcze młody, a młodość musi się wyszumieć.
Z tej zadumy wyrwał Yautję migający na czerwono symbol Hma-mi-de, który oznaczał nie odebraną wiadomość. Lin-kar dotknął ekranu w miejscu migającego znaku, zaraz też pojawiła się znana mu twarz przyjaciela. Sa-hin-de przemówił.
" Witaj Lin-kar, przyjacielu. Wiem, że jesteś zajęty, podróżując po wszechświecie w poszukiwaniu godnej ofiary, ale chciałbym cię zaprosić na Ceremonię Przejścia do Młodej Krwi moich trzech  synów. Mam nadzieję, że znajdziesz trochę czasu, uroczystość odbędzie się za dwa tygodnie. Do zobaczenia i niechaj Paya błogosławi ci na każdej wyprawie."
Blask monitora zgasł, a Lin-kar pogrążył się we wspomnieniach. Tak dawno nie był na Yautjalu, nie mógł przecież zostawić chłopaka samego, a zabranie go tam nie wchodziło w grę. Wydarzenia z przeszłości wciąż paliły się żywym ogniem w pamięci niejednego Yautja. Wtedy udało się uniknąć katastrofy, ale ci, którzy w tamtym czasie pragnęli zmian i byli zbyt słabi, by cokolwiek osiągnąć, teraz po latach urośli w siłę. Należą do elit Yautjalu, są Honorowymi, a dwóch z nich należy nawet do Rady Starszych. Lin-kar nie wiedział czy wciąż wierzą w to, o co wtedy walczyli, o mało nie wywołując wojny domowej. Wierzył, że on sam stanął po słusznej stronie, nie dopuścił się zdrady, jak twierdził jego brat - jeden z przywódców konspiracji.
    - Głupek, przez niego tu utknąłem i przez głupie wyrzuty sumienia. Gdybym, wtedy zrobił to, co należało, a nie to, o co on mnie prosił, mieszkałbym sobie teraz na Yautjalu, miałbym kilka żon i mnóstwo dzieci. W imię czego tu utknąłem? W imię więzów krwi? A, niech cię Ten-ku.

    Lin-kar wstał od komputera i opuścił swój gabinet, postanowił wybrać się na spacer. Słońce chyliło się już ku zachodowi sprawiając, że wszystkie cienie stały się dziwnie długie. Łowca szedł brzegiem morza i wpatrywał się w piasek, woda obmywała mu stopy. Przeniósł wzrok na ocean i skanował piękny widok zachodzącego słońca.
    - Nie wiem, czym Nan-ku się tak zachwyca, na Yautjalu, to dopiero są zachody, a nie to, co tu.

    Była już późna noc, gdy Lin-kar wracał do domu, w całym budynku panowała ciemność i tylko w pokoju należącym do Nan-ku świeciło się światło.
Ojciec nie poszedł sprawdzić, co robi jego syn, udał się do siebie na spoczynek. Obudził się jakieś dwie godziny później, coś strasznie się tłukło, Lin-kar wstał i poszedł za odgłosem prosto do pokoju Nan-ku. Zapukał i wszedł, chłopak spojrzał na niego zimnym wręcz wściekłym spojrzeniem. Ostatnimi czasy często mu się to zdarzało. Czasami Lin-kar miał wrażenie, że chłopak szczerze go nienawidzi.
    - Co ty robisz o tej porze? - zapytał surowym tonem.
    - Sprzątam. A, nie widać? - padła równie obojętna odpowiedź.
    - Ale jest pierwsza w nocy. Nie możesz robić tego w dzień?
    - Nie! - Tym razem dało się słyszeć złość w głosie młodego Yautji. - Idź spać, ja nie zasnę, dopóki nie posprzątam tego chlewu.
    - Już dawno mówiłem ci, żebyś to zrobił. Dobra, rób jak chcesz, tylko nie hałasuj za bardzo.
    - Jasne. 

Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem, młody Łowca spoglądał na nie jakby były przyczyną i obiektem jego największej nienawiści. Mocno zacisnął pięści, aż szpony wbiły mu się w wewnętrzną stronę dłoni, spoglądał przez chwilę na rany, a potem poszedł opłukać je w wodzie.

     - Cholerny rzeźnik - wycedził przez zęby - co za bajzel, nienawidzę tego miejsca.

sommer1 : :

IV Sha-uni Komentarze (29)
17. kwietnia 2011 00:56:00
linkologia.pl spis.pl

   Sha-uni była jedną z ośmiu córek Mu-shena. Nie była ani najstarsza, ani najmłodsza, nie była najładniejsza ani najmądrzejsza, ale była odważna i bardzo sprawna. Z pośród wszystkich córek Mu-shena była najniższa miała, zaledwie sto siedemdziesiąt sześć centymetrów wzrostu. Jej skóra na brzuchu i wewnętrznej stronie ud była biała, plecy zaś ramiona i nogi miały pomarańczowy odcień i nakrapiane były drobnymi brązowymi plamkami. W domu Sha-uni zawsze nosiła sukienki wykonane z delikatnego przewiewnego materiału, długie do kolan z rozcięciami z obydwu boków sięgającymi prawie do samych bioder. W pasie przewiązywała się długim rzemykiem zawijając go parę razy wokół tali. Yautjańskie sukienki za względu na gorący klimat nie miały rękawów, a jedynie szelki spinane na ramionach specjalnymi ozdobnymi klamrami.
 
    Sha-uni już od najmłodszych lat przejawiała zainteresowanie bronią, z ukrycia przyglądała się trenującym braciom. Podkradała ojcu księgi i uczyła się Kodeksu Łowcy. Mogła oczywiście przeczytać o tym wszystkim w komputerze podłączonym do ogólnodostępnej sieci, ale zapach starych pergaminów przywodził jej na myśl stare dzieje i wielkich nigdy niezapomnianych Łowców. Marzyła często, że tak jak oni będzie podbijać wszechświat, a jej imię wychwalać będą yautjańskie ballady. Często wstawała przed świtem, biegła na tyły ogrodu tam, gdzie nikt nigdy nie chodził i ćwiczyła ruchy, które podpatrzyła u swoich ćwiczących braci. Wiedziała, że jeśli ktoś ją nakryje na ćwiczeniu sztuki łowieckiej i na używaniu broni zakazanej kobietom, to czeka ją sroga kara.
Ojciec nie tolerował inności, uważał, że rola kobiet ogranicza się do rodzenia potomstwa, co było bardzo ważne, bo w świecie Yautja spora część samców ginęła nie zdążywszy założyć rodziny. Stąd też na Yautjalu było dwa razy więcej kobiet niż mężczyzn.

   Sha-uni, jednak nie chciała takiego życia jakie prowadziło większość kobiet na jaj planecie. Pragnęła walki, dreszczu polowania.
   Kiedyś w dniu wyprawy braci na polowanie dziewczynka ukryła się w ładowni ich statku, chciała tylko popatrzeć. Po wylądowaniu wszyscy zebrali się na odprawie. Ojciec tłumaczył synom na co będą polować, pokazywał słabe punkty ofiary i objaśniał, którą z technik łowieckich najlepiej zastosować. Sha-uni przysłuchiwała się z wielkim zainteresowaniem, a gdy wszyscy opuścili statek i udali się na poszukiwanie ofiary, ona zabrała jedną z zapasowych włóczni i ruszyła ich tropem. Las wypełniały zapachy i dźwięki jakich Sha-uni nie znała. Wreszcie czuła się wolna. Skupiona i czujna brnęła na przód, gdy przed sobą usłyszała odgłosy jakie towarzyszą walce. Szybko ruszyła przed siebie, by nie stracić nic z odbywającego się właśnie boju.
Podniecona i szczęśliwa wpadła biegiem na małą polanę, jakież było jej zaskoczenie, gdy ujrzała swego brata Ci-shena leżącego na ziemi i przygniatanego przez Varoksa. Był to olbrzymi gad wyglądem przypominający jaszczurkę. Miał zieloną skórę pokrytą łuskami, długie nogi i łapy zakończone ostrymi pazurami, na głowie posiadał skórny wachlarz, który rozkładał, gdy chciał przestraszyć agresora. Ciało Varoksa zakończone było długim ogonem, którego zwierze używało jak bicza.
Sha-uni zauważyła, że drugi Varoks przyczaił się na drzewie i czekał sposobnej chwili, by móc zacząć pożywiać się ciałem zabitego Yautja. Ci-shen, jednak żył, choć stracił rękę i sporą część uda prawej nogi. Sha-uni nie namyślała się długo, skoczyła bratu na pomoc. Zaskoczony Varoks, który pastwił się nad Ci-shenem zginął od razu przebity włócznią na wylot, lecz drugi nie dał się zaskoczyć. Zlazł z drzewa i stanął na przeciwko dziewczyny, rozpościerając szeroko skórny wachlarz na głowie. To, jednak nie przestraszyło jej z całej siły rzuciła włócznią w potwora, raniąc go w tylną nogę. Teraz była bez broni nie miała też zbroi, która chroniłaby jej ciało. Rozpostarła, więc szeroko ręce i z przerażającym rykiem rzuciła się w stronę jaszczura to wystarczyło, by na chwilę stracił zapał do walki. Mała Yautjanka wykorzystała okazję, by dostać się do brata i wziąć jego dysk, wiedziała co robić, wiele razy ćwiczyła rzut drewnianą atrapą. Jeden raz wystarczył, by łeb potwora wylądował na leśnej ściółce. Sha-uni wykonała piękny unik przed powracającym dyskiem, techniki łapania jeszcze nie opanowała, a prawdziwa broń, to nie to samo co drewniana zabawka.
Po tym wydarzeniu Cji-shen już nigdy nie polował, a ona została dopuszczona do Bezkrwawych, gdzie miała uczyć się sztuki łowieckiej. Ojciec traktował ją wyniośle i ciągle podkreślał, że to hańba dla kobiety, że nigdy nie znajdzie mężczyzny i nie da mu wnuka, którego on tak pragnie. Matka, natomiast w ogóle przestała się do niej odzywać to jednak nie przeszkadzało Sha-uni, ona była szczęśliwa. Miała to o czym zawsze marzyła. W końcu rodzice pogodzili się z jej wyborem i podarowali jej nawet przepięknie zdobioną zbroję, taką jaką nie mogła poszczycić się żadna młoda Łowczyni. Zbroja była złocona, ładnie profilowana i grawerowana, cały zestaw uzupełniał dwukolorowy hełm. Dziewczyna z dumą nosiła ją na każdej wyprawie.

    Dziś Sha-uni z lekkim podnieceniem i obawą podążała na spotkanie z ojcem, rzadko była wzywana przed jego oblicze, musiało wydarzyć się coś ważnego. Weszła do gabinetu, ojciec stał wpatrując się w widok za oknem.
    - Wejdź - powiedział - wezwałem cię, żeby powiedzieć , że weźmiesz udział w misji na którą wysyłam wszystkich twoich braci oczywiście tych, którzy są już Łowcami. To bardzo ważne, nie zawiedź mnie. Będziesz miała szansę udowodnić, że zasługujesz na honor bycia Łowczynią. Pewnie słyszałaś o Yautji w czerwonej zbroi i o jego wyczynach? Złapanie go to teraz sprawa najwyższej wagi, zależy od niej honor całego naszego Klanu. Jeżeli przyczynisz się bezpośrednio do ujęcia go zostaniesz zaliczona w poczet Krwawych. Rozumiesz ?
    - Tak ojcze nie zawiodę cię.
    - Yu-shen wyjaśni ci szczegóły. Idź już.
Nareszcie szansa, na którą czekała. Uwodni ojcu, że jest świetną Łowczynią, dorwie tego głupka, zatknie jego łeb na swojej włóczni. Imię Sha-uni będzie wypowiadane z szacunkiem, a nie drwiną.
    Brat objaśnił Sha-uni, jaki był plan ojca. Dwa dni później dziewczyna wraz ze swoimi braćmi opuszczała Yautjal. Każdy z uczestników dostał swój statek, który ojciec wypożyczył od znajomych. Lot na planetę, którą wylosowała dziewczyna miał trwać miesiąc, ponieważ była to jedna z najodleglejszych planet na jakie latali Yautja. Pierwsze co ujrzała to mała żółta kula na tle kosmicznej czerni z każdą minutą zbliżająca się coraz bardziej. Kula rosła, by w końcu osiągnąć gigantyczne rozmiary i przysłonić sobą wszystko inne. Lądowanie przebiegło pomyślnie, właz uchylił się wpuszczając do grodzi żar, jaki panował na tej planecie. Pokrywały ją w całości pustynia i góry. Warunki były tu bardzo trudne, w skalistych górach szalały potężne wichury i prawie nieustannie padał zimny deszcz, woda jednak nie docierała do położonych u podnóży terenów, gdzie rozciągały się gorące piaski i skrajnie suchy klimat. Jeżeli cokolwiek żyło na tej planecie, to musiało być bardzo odporne.
Sha-uni wiedziała co musi zrobić. Przed lądowaniem wykonała dokładny skan terenu. Komputer przetworzył dane i sporządził trójwymiarowy obraz planety. Dziewczyna wybrała dogodne miejsca, w których zamierzała umieścić czujniki. Jeśli ktokolwiek wyląduje w tym przeklętym miejscu ona pierwsza będzie o tym wiedziała.
Nie podobała się jej ta planeta, znalazła się tu, bo przegrała losowanie. Była pewna, że jej bracia oszukiwali, zawsze dokuczali dziewczynie i nabijali się z jej pasji, mówili na nią Sha-shen jakby była chłopcem. Dziwnym trafem jej dwie siostry, które zasadniczo miały odegrać tylko rolę obserwatorów, umieszczone zostały na dwóch najbliższych planetach. Dostały nawet obstawę w postaci dwóch Łowców Młodej Krwi.
Sha-uni głęboko wciągnęła powietrze z butli umieszczonej na plecach. Atmosfera była tu bardzo rozrzedzona i bez maski pewnie szybko straciłaby przytomność. Zeszła z pokładu i stanęła na rozgrzanym piasku.
    - Ma chyba ze sto stopni - pomyślała - no nic, nie ma co zwlekać samo się nie zrobi.
Po rozstawieniu wszystkich czujników, Sha-uni postanowiła jeszcze raz sprawdzić, co wiadomo na temat tej planety. Nazywała się Olteran, ale nie była zbyt popularna. Panowały na niej ogromne upały i susza, ale to już wiedziała. Nigdy nie zapadała na niej noc, bo oświetlały ją dwie gwiazdy.
Była planetą średniej wielkości, znajdującą się na środkowej orbicie swojego układu.
    - Dobra, a na co można tu zapolować? Skoro już tu jestem, to może uda mi się zdobyć jakieś trofeum. Choć, z drugiej strony ojciec zabronił narażać się na niepotrzebne niebezpieczeństwo. Cel misji złapać łobuza. Ale ojca tu niema - pomyślała z zadowoleniem.
Jutro się rozejrzy za jakąś niebezpieczną zwierzyną, bo w przewodniku nie ma nic na ten temat. Tylko jakieś Dżdżyle, ale one są łagodne.
Pogasiła wszystkie światła i zamknęła zewnętrzne ekrany na oknach. Zrobiło się ciemno. Spojrzała na czasomierz, był ustawiony według czasu na jej planecie, a tam - była już noc.

sommer1 : :

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
2526272829301
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
303112345

Ksiega gości

Księga gości

Kategorie postow

Brak kategorii

sty-gmatyk | mroczni-i-zli | malestwo16 | pati91 | mariuszek1000 | Mailing

Dodatki na stronę